środa, 2 września 2015

Rozdział 1.

Leniwie przeciągam się na łóżku i spoglądam jednym okiem na zegarek, dopiero 7:14. Mogłabym spokojnie przespać jeszcze najbliższe 30 min, ale ten dzień musi być idealny więc skorzystam z faktu, że mogę mieć więcej czasu na przygotowanie się. Powoli wstaję i podążam w stronę ciężkich siwych zasłon, pomimo iż kocham moją babcię, to jej styl jest przytłaczający. W całym domu muszą znajdować się wyhaftowane serwetki, a stare śmierdzące surowym drewnem kredensy były nie do zniesienia. Jednak wychowała mnie na naprawdę mocno stąpającą po ziemi kobietę, wiem że gdyby nie ona nie osiągnęłabym tego co mam teraz. Z uśmiechem spoglądam na parę walizek w kącie. Podchodzę do komody, na której stoi stara wieża i muszę się trochę namęczyć by włączyć mój ulubiony kawałek Guns N’ Roses, ale w tym dniu nic nie może mnie rozzłościć, nawet ten strachy rzęch na który zazwyczaj kilka razy nawrzeszczę i niezliczoną ilość razy uderzę.  Tanecznym krokiem wchodzę do malutkiej łazienki i myję twarz. Postanawiam dziś lekko podkreślić oczy eye-linerem i maskarą. Mówią, że najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Lekko oprószam twarz pudrem i czeszę włosy, spoglądam na siebie i wierzę, że jestem gotowa.
-Kochaniutka wstałaś ? – słyszę słaby głos babci.
- Tak, tak..już schodzę. – szybko przyciszam muzykę przed nieuniknionym narzekaniem kobiety.
- Gotowa na college ? – uśmiecha się i lekko szczypie moje policzki. Jestem pewna, że tym gestem strzepała cały puder jaki przed chwilą nałożyłam na twarz.
- Tak, będę tęskniła. – staram się to powiedzieć najuprzejmiej jak potrafię, chociaż niezmiernie się cieszę, że opuszczę to przeklęte miasto. Przypomina mi ono tylko to, że jestem sierotą, o tym jak moi rodzice stchórzyli i zostawili mnie dawno temu. Wzrok każdej napotkanej osoby miał w sobie tylko litość, dla tak żałosnego dziecka jak ja. Ale tam gdzie jadę, jestem nowa i mogę być kimkolwiek zechcę.  Babcia nigdy nie opowiada mi o rodzicach, może dlatego że nigdy o to nie pytałam, nie chce wiedzieć. Wolę myśleć, że byli okropnymi ludźmi i cieszyć się, że nie musiałam odczuć patologii jaką by mi stworzyli.
- Ja też kochanie. Siadaj , zrobiłam ci śniadanie. – lekko się uśmiecha i odchodzi do salonu by zabrać się za haftowanie swoich słynnych serwetek. Nie mam pojęcia czy mam jej współczuć , że zostanie sama czy gratulować, że pozbędzie się tego problemu jakim jestem ja. Wzruszam ramionami i podążam do wielkiego stołu. Biorę w rękę naleśnika i gryząc go wbiegam na górę słysząc jak mój telefon dzwoni.
- Gotowa? Jestem za 10 min. – słyszę podekscytowany głos Cassie.
- Na ten dzień? Od zawsze! – prawię piszczę do słuchawki i siadam na łóżku.
 - Nigdy nie zrozumiem dlaczego ci aż tak źle, to prawda że twoja babcia ma straszny styl i jest niewyobrażalnie staromodna, ale przynajmniej nie wydzwania. Zawsze możesz spokojnie imprezować. – słyszę jej chichot, ale mi nie jest do śmiechu. Taka dziewczyna jak ty, która ma wszystko, nigdy tego nie zrozumie. – podpowiada mi moja podświadomość, jednak gryzę się w język i cicho wzdycham.
-Po prostu przyjeżdżaj jak najszybciej. – mówię i się rozłączam. Jestem jej niewyobrażalnie wdzięczna, za to że olała to całe gadanie w mieście o tym, że muszę mieć złą krew po ojcu alkoholiku i matce dziewce. Jest jedyną osobą, przy której mogłam być sobą, tak mi się przynajmniej wydaje. Poznałyśmy się jakieś 3 lata temu, podasz mojego nastoletniego buntu, wiem że babcia miała ze mną naprawdę ciężko. Często po prostu nie wracałam do domu, albo policja przyprowadzała mnie całkiem pijaną. Cassie była w tym samym miejscu swojego życia, choć jej bunt pewnie spowodowany czymś całkiem innym. Gdy ja złościłam się na cały świat bo nie miałam nic, ona  miała aż za dużo. Poprzewracało jej się w głowie, do czasu gdy ojciec ją odciął i nagle stała się grzeczną dziewczynką. Ja natomiast, bałam się zostać jeszcze większą sierotą. Gdy babcia chciała mnie oddać do sierocińca, zauważyłam że przesadzam i nauczyłam się jej dziękować, za to co mam. Dojadam naleśnik i zaczynam powoli znosić walizki, jedną po drugiej. Gdy upewniam się 100 razy, że wzięłam wszystko siadam na jednej z walizek i zaczynam powoli rozglądać się po domu. Moje ostatnie minuty tutaj, teraz pewnie będę wracała tylko dwa razy do roku, na święta.  Nagle słyszę ciche pukanie do drzwi, szybko zrywam się na nogi i mocno przytulam przyjaciółkę na powitanie.
- Babciu. – wychylam się zaglądając do salonu.- Już czas. – dodaję i obserwuję jak kobieta podnosi się z bujanego fotela i powoli do mnie podchodzi.
- Uważaj na siebie dziecko. – lekko całuje mnie w czoło i szeroko się uśmiecha.
- Będę. – obiecuję, bo przecież co mi się może stać ?